|
WYROK W IMIENIU RZECZPOSPOLITEJ POLSKIEJ
Sąd Okręgowy w Krakowie
po rozpoznaniu w dniu 1 lutego 2001
sprawy z powództwa Aleksandry Zamojskiej
przeciwko Amelii Zamojskiej
o ustalenie
I. Ustala, że Aleksandra Zamojska córka Filipa i Amelii Olgi
urodzona 22 stycznia 1964 r. w Lublinie jest mężczyzną.
Sąd Okręgowy w Krakowie stwierdza, iż niniejsze orzeczenie jest
prawomocne.
*
–
Boże, ilu tu pedałów – odezwał się Zbyszek.
– Jest ich pełno na całym świecie.
– Ja tam tego nie rozumiem, to są jacyś porąbańcy. Dałbym każdemu
dziewczynę i od razu bym ich wyleczył.
– Myślę, że nie masz racji. Homoseksualizm to nie wybór. Pociągają
cię kobiety?
– Co za pytanie? Nie mógłbym bez nich żyć.
– Czy musiałeś kiedyś zdecydować się świadomie na współżycie z nimi,
czy zrodziło się to w tobie w sposób naturalny?
– No co ty? Odkąd pamiętam, biegałem za dziewczynami. Do faceta nikt
by mnie nie zmusił.
– Tak samo jest z homoseksualizmem. Natury nie da się oszukać.
Mężczyźni kochają mężczyzn, kobiety kochają kobiety, tak jak ty
swoją żonę. Świat jednak godzi się na twój związek, bo nie
zastanawia się, czym naprawdę są inne miłości i łatwiej jest coś
odrzucić niż próbować zrozumieć. Nagle Zbyszek zmienił się na
twarzy.
– Olka, zobacz, jaka laska!
Na parkiecie ukazała się olśniewająco piękna dziewczyna.
Uśmiechnąłem się pod nosem.–
Mógłbym ją poprosić do tańca?
– Oczywiście, w tym lokalu każdy może się bawić z każdym. Tylko
ostrzegam cię, że to Bob.
– Pieprzysz...
– To idź i się przekonaj.
Zbyszek poderwał się, jak na komendę. Podszedł do Boba i zaczął z
nim o czymś rozmawiać swoją łamaną angielszczyzną. Po jakichś
dziesięciu minutach wrócił ze szklanką potrójnej whisky.
– Kurwa mać! Miałaś rację, jestem w szoku.
– Nie tylko ty, ja też żałuję, że nie jest kobietą...
– Ale zatańczyć mogę, przecież nic się nie stanie.
– Pewnie nie – uśmiechnąłem się ciepło. – Znasz, jak powiedziałeś,
siebie doskonale.
Przez kilkadziesiąt minut obserwowałem zmagania Zbyszka, który
zupełnie tracił nad sobą kontrolę. W dyskotekowym dymie i
rytmicznych światłach dostrzegałem jego twarz wpatrzoną w Boba, ich
pocałunki, nieśmiały dotyk...
Czy w każdym z nas jest coś z kobiety i mężczyzny, gdzież zaczynają
się i zacierają te granice? – pomyślałem zamawiając taksówkę.
*
–
Może pan mi wyjaśnić, po co pan był w damskiej toalecie? – zwrócił
się do mnie portier.
– Nie jestem „pan” i nie widzę potrzeby, żeby się z tego tłumaczyć –
powiedziałem rozchylając kurtkę.
– No to słuchaj chłopczyku, zadzwonię na policję, to może wtedy
będziesz bardziej rozmowny.
Na holu zrobiło się nagle cicho i oczy wszystkich studentów
skierowały się na nas. Nerwowym ruchem rozpiąłem szeroko koszulę.
– Czy teraz też mam dać głos?
– Ale numer, myślałem, że pani, to facet.
Cały korytarz zatrząsł się od śmiechu.
– Ja też tak myślałam, ale w damskiej toalecie przekonałam się, że
jednak nie.
Zamykając za sobą drzwi uczelni usłyszałem znów śmiech i strzępy
idiotycznych komentarzy. Boże, czy to kiedyś się skończy? Nie
wytrzymam tego dłużej.
– Nie przejmuj się, ten portier to wyjątkowy cham – pocieszała Nika.
– Z profesor Bałecką, gdy prosiła o klucze, przekomarzał się, jakby
miał przed sobą przekupę – dodała Iga.
– Wiecie dobrze, że nie o to chodzi. Gdybym miał już przynajmniej
ten wyrok, można by było ustalić termin pierwszego zabiegu. Ojciec
nigdy
nie stawi się na rozprawę i będą tak odraczać w nieskończoność.
– Wyluzujmy się i chodźmy lepiej coś zjeść – zaproponowała Nika –
może „Kredens”?
– Nie, musimy wybrać coś z koedukacyjną toaletą, bo Daniel znów
będzie miał problemy.
– Najwyżej będę siusiał między jednymi drzwiami, a drugimi, skoro
dla transseksualistów nie ma wydzielonych boksów. Spadamy stąd...
*
Po maturze
wyjechałem z rodzinnego miasta i jakoś nie mogłem przystosować się
do nowego środowiska. Być może nieudany start na ASP a zmuszanie się
do innego rodzaju studiów podziałały na mnie przygnębiająco. W
każdej, wolnej od zajęć, chwili ciągnęło mnie do domu, mimo że
daleki był on od ideału.
– Co, za mało masz nauki? –
witał mnie ojciec. – Nie podoba się stolica, to do roboty!
Zorganizuję ci to w pięć minut!
Bałem się takich zaczepek, bo
niemal zawsze kończyły się tak samo. Ojciec często i nie tylko w
dzieciństwie bił mnie bez wyraźnego powodu lub jakiś powód
wynajdował. Choćby nasze wspólne lekcje gry na fortepianie. Fałszywa
– według niego – nuta kosztowała mnie nieraz kilka stłuczonych
palców i podbite oko. Kochałem muzykę i kocham do dziś, grywałem
więc pod jego nieobecność. Ale nawet wtedy – on – niewiadomo skąd,
wyrastał jak spod ziemi i wyżywał się na mnie, jakby w odwecie
za swoją zmarnowaną karierę.
– Niszczysz, kurwa, instrument!
– krzyczał zamykając mi wieko fortepianu na ręce.
Wiem, że przewyższałem go
zdolnościami i że właśnie tego nie mógł znieść najbardziej.
Na szczęście mama nie
uczestniczyła w większości naszych "muzycznych" potyczek, ale gdy
przypadkiem trafiła na taki "koncert", finał był równie zły dla nas
obojga.
Pocieszałem się, że Paganini
miał gorzej i wytrwał, ja, niestety, nie wytrzymałem. |